piątek, 2 grudnia 2016

Miniaturka

Ta miniaturka jest tak miniaturowa, że ma pięć stron. Uwielbiam siebie i swoje podejście do pisania. Każcie mi napisać coś na 10 stron, ja napisze na 20. Każcie napisać mi rozprawkę na 250 słów, napiszę ją na 500. Perfect.
Ach, no tak. Miniaturkę tę dedykuję Melodii. Za to, że tak pięknie ją oceniła.
__________

Śnieg przyjemnie chrzęścił pod moimi stopami, gdy szedłem wąskimi uliczkami miasteczka. Dookoła nie było nikogo. Wszyscy mieszkańcy ukryli się w ciepłych domach, przystrajając choinki, piekąc ciasta lub pakując prezenty dla najbliższych. Sięgnąłem po telefon i wyłączyłem dźwięk. Nie chciałem, by ktoś mi przeszkadzał, nie dzisiaj, w tym szczególnym, szczęśliwym dniu, w którym choć chwilę chciałbym spędzić z tymi, których od dawna nie było wśród mnie.
Minąłem kościół, wewnątrz którego paliło się światło. Zatrzymałem się na chwilę i zamknąłem oczy, wsłuchując się w kolędy, które wykonywały dzieciaki z miejscowego chóru. Ich spokojne, wesołe głosy były niczym miód na moje serce, niczym balsam na moje ciało, które już nigdy nie będzie wyglądało tak, jak przed laty. Słodka melodia sprawiła, że od razu zrobiło mi się cieplej, ale nie na ciele. Od chwili, gdy stałem się magiem ognia, chłód mi nie doskwierał, nie czułem zimna tak, jak inni. Nie, zrobiło mi się cieplej na duszy, która zbrukana była brudem i smutkiem, która wciąż pamiętała wszystkich tych ludzi, którzy oddali za mnie życie, która domagała się sprawiedliwości. Sprawiedliwości, której nigdy nie otrzyma.
Otrząsnąłem się z amoku i wznowiłem marsz, mrucząc jedną z kolęd pod nosem. Kochałem święta, całą tę magię, która stawała się obecna wszędzie i dla każdego. W tym dniu doświadczałem jeszcze więcej miłości, niż na co dzień. Miłości, którą obdarowali mnie żona, córka, rodzice, przyjaciele. Dlatego właśnie tego dnia pragnąłem, by nie tylko ci żywi przyjęli do siebie kolejną dozę uczuć, ale także ci, którzy od lat obserwowali mnie jedynie z góry.
Stanąłem przed bramą prowadzącą na cmentarz. Drżącą dłonią pchnąłem zardzewiałe kraty, a te natychmiast ustąpiły pod moim naporem. Starając się nie uronić ani jednej łzy, wziąłem głęboki oddech i wszedłem do świata, z którym byłem mocno związany. Miałem wrażenie, że słyszę szepty, smutne głosy, żałosne błagania. Zignorowałem je. Przez tyle lat zdążyłem nauczyć się jak nie zwracać na nie uwagi i szukać jedynie tych, za którymi tęskniłem.
Przeszedłem nad wystającym konarem, a moim oczom ukazał się pomnik pokryty grubą warstwa śniegu. Jedynie gdzie nie gdzie widać było kilka sztucznych gałązek jodły, z których składał się wieniec, a także dwa lub trzy znicze zostawione przez moich rodziców, którzy byli tu kilka dni temu, a którzy zapewne siedzieli teraz w moim domu i pomagali Faridzie w przygotowywaniu kolacji.
Rozejrzałem się dookoła, a gdy nie dostrzegłem nikogo niepożądanego, ściągnąłem rękawiczkę i machnąłem dłonią ponad ławeczką i nagrobkiem. Śnieg zaczął błyskawicznie topnieć, pozostawiając po sobie piękny marmurowy nagrobek w odcieniu kości słoniowej. Zerknąłem na litery układające się w konkretne słowa. Słowa, które wciąż sprawiały, że nie potrafiłem funkcjonować normalnie.

Karina Szulc
Ur. 14 marca 1998 r.
Zm. 19 kwietnia 2014 r.
„Bać się śmierci jest tym samym, co mieć się za mądrego nim nie będąc.”

Przysiadłem na ławce, zastanawiając się nad tym, czy aby jej nie wezwać, czy nie poprosić jej o rozmowę, o kolejną poradę i ten jeden, jedyny ciepły uśmiech. Wiedziałem jednak, że to nie byłby dobry pomysł. Zbyt długo już chwiałem się na granicy życia i śmierci, nie mogłem wciąż ingerować w sprawy zaświatów i widywać się z Kariną za każdym razem, gdy potrzebowałem wsparcia. Nie do moich obowiązków należało panowanie nad duchami ani widywanie się ze zmarłymi. Pozostawała mi tylko modlitwa.
- Mała? – zapytałem, jednak odpowiedziała mi tylko głucha cisza. W sumie na to liczyłem. – Wiem, że gdzieś tu jesteś. Nie proszę cię o to, byś się pokazała. Nie, chcę, by to były pierwsze święta, w czasie których pozostajesz tylko w moich wspomnieniach. Pragnę jednak, byś coś dla mnie zrobiła. Znajdź ich. Odszukaj tych, za którymi tak bardzo tęsknię. Przekaż Samuelowi, że dbam o jego syna tak, jak gdyby był moim własnym. Powiedz Camille, że jej siostra jest bezpieczna, a bliskość Feliksa sprawia, że wydaje się być najszczęśliwszą kobietą na świecie. Oznajmij Elizie, że córka jej siostry jest do niej bardzo podobna i że wbrew pozorom nie odstępuje mojej Ariadny na krok. Wyznaj Anubisowi, że za nim tęsknię i że gdyby to wszystko zależało ode mnie, przekonałbym Ozyrysa, by zwrócił go na dawne stanowisko. W końcu kto sprawowałby lepiej posadę boga umarłych od kogoś, kto nie żyje? Uściskaj ich ode mnie, proszę. Powiedz, że tęsknię.
Jakby z oddali dobiegł mnie cichy szept brzmiący tak, jak głos mojej siostry.
Bądź spokojny, braciszku. Nie pozwolę, by o tobie zapomnieli. Kocham cię.
Otarłem oczy rękawem kurtki, dalej wpatrując się w powierzchnię pomnika. Pstryknąłem palcami, a znicze, które już dawno wygasły, zapłonęły na nowo. Czułem bijące od nich ciepło, ich żar i radość z tego, że znów mogły zalśnić w mroku. Były zupełnie takie, jak ja.
- Julianie?
Odwróciłem się przez ramię, a na mojej twarzy pojawił się delikatny uśmiech, choć serce nieco się ścisnęło, dokładnie tak samo jak za każdym razem, gdy go widziałem. Tuż za mną stał młody chłopak ubrany w grubą kurtkę, czarne spodnie i ciepłe buty. Dłonie trzymał w kieszeniach, więc podejrzewałem, że nie wziął rękawiczek. Puchata czapka przysłaniała jego brązowe, lekko kręcone włosy. Nawet z tej odległości widziałem jego wiecznie wesołe oczy, które odziedziczył po ojcu. Tak właściwie to chyba nie było w nim czegoś, czego nie przechwyciłby po Samuelu. Postawa, wzrost, uśmiech, spojrzenie, karnacja, nawet dołeczek w lewym policzku. Był jego idealną kopią. Czasem dziwiłem się jak to możliwe, że Rachel mogła patrzeć na swojego syna i nie popadać w rozpacz. Tak, tylko czasem. Sam bowiem pojąłem, że jeśli kogoś bardzo się kocha, przestaje się zwracać uwagę na niektóre rzeczy, choć te mogą wydawać się aż nazbyt rzucające się w oczy.
Przesunąłem się nieco i poklepałem miejsce na ławce obok siebie.
- Cześć, Jules – odparłem, starając się nie użyć jego prawdziwego imienia. Nie, żeby chłopak nie był z niego dumny. Po prostu wiedziałem, że bardziej odpowiadała mu ta druga wersja, zwłaszcza, gdy rozmawiał tylko ze mną. – Myślałem, że jesteś w Athens.
Jules usiadł obok, wpatrując się w imię widniejące na pomniku. Jego oczy zalśniły.
- Ja… pomyślałem, że fajnie byłoby spędzić z wami święta. Nigdy nie widziałem Bożego Narodzenia, tym bardziej w waszym świecie. Mama się zgodziła, więc jeśli nie masz nic przeciwko…
- Skądże. Wiesz, że zawsze jesteś tu mile widziany. Mam tylko pytanie – skąd wiedziałeś, gdzie jestem?
Chłopak zerknął na mnie, a na jego twarzy pojawił się szelmowski uśmiech.
- Nie jesteś tajemnicą, Julianie. Znam cię dość dobrze.
Pstryknąłem go w nos.
- Chyba zbyt dobrze.
Jules zachichotał. Między nami zapadła cisza, w czasie której obaj wpatrywaliśmy się w pomnik Kariny. Nie wiedziałem, o czym myślał. Może o mojej siostrze, może o mojej córce, może o swoim ojcu. Gdy odezwał się po kilku minutach, wiedziałem, że chodziło o tą trzecią opcję.
- Jaki on był?
Jules nigdy nie pytał o Samuela, w każdym razie nie mnie. Wiedział o tym, co się stało, Rachel przedstawiła mu całą sytuację. Nigdy nie winił mnie o to, że jego ojciec zginął. Sam stwierdził, że zachował się honorowo, a ja nie mogłem mieć wpływu na to, jak wszystko się potoczyło. Byłem wdzięczny, że traktował mnie jak kogoś bliskiego, a nie jak człowieka, przez którego Samuel nie żył. Jednak jeszcze nigdy nie zapytał mnie o to, jaki był jego tata.
Westchnąłem.
- Nie znałem go długo, ale na pewno mógłbym nadać mu miano przyjaciela. Był dobrym człowiekiem o ogromnym sercu i wesołej duszy. Zresztą nie muszę ci nic mówić. Wystarczy, że spojrzysz w lustro i powiesz choć słowo, a będziesz wiedział jaki był.
Skinął głową, jakby takiej odpowiedzi się spodziewał.
- Nie miałem okazji go poznać – mruknął, zerkając na swoje buty. – Ale sądzę, że byłby dobrym ojcem. Poza tym czasem mam wrażenie, że do mnie mówi, że pomaga mi w życiowych problemach, że podpowiada mi co mam robić, gdy zaczynam błądzić. Zawsze go słucham i to mi pomaga. Czy to dobrze?
Położyłem mu dłoń na ramieniu i nachyliłem się do niego tak, by nasze twarze się zrównały.
- Powiem ci coś, o czym nie mówiłem jeszcze nikomu poza Faridą – rzekłem, wpatrując się w jego zaniepokojone, brązowe oczy. – Miałem okazję rozmawiać z twoim ojcem już po tym, jak zginął. Pokazał mi się jego duch. Obiecałem mu wtedy, że zrobię wszystko, byście z mamą nigdy nie musieli cierpieć, byście nie zaznali bólu po jego śmierci. Wiesz, co mi wtedy powiedział? Oznajmił, że doskonale o tym wie, i że gdyby miłość miała imię, nosiłaby właśnie moje. Wiedział, czego się dopuszczę, by ratować tych, na których najbardziej mi zależy. Wiedział, co zrobię dla Faridy, dla mojej rodziny, dla przyjaciół, dla ciebie. Owszem, Jules, słuchanie jego porad to dobre posunięcie. Był… jest niezwykle mądrym człowiekiem. Też odnoszę czasem wrażenie, że do mnie mówi i dziękuje za to, że wciąż mam na ciebie oko. Ja natomiast dziękuję mu za to, że dał mi ciebie, że przekazał ci te wszystkie cudowne cechy, zwłaszcza tą jedną – ogrom miłości nawet dla tych, którzy czasem na nią nie zasługują.
- Jeśli mówisz o sobie, to skończ – burknął. – Nigdy nie winiłem cię za śmierć ojca, wiesz o tym. Tak musiało być. Cieszę się, że mam przynajmniej ciebie, innego dorosłego mężczyznę, który mnie wychował i który sprawił, że jestem tym kim jestem. Skoro już jesteśmy przy wyjawianiu sekretów, powiem ci coś, co zamierzałem zachować w tajemnicy. Wielu ludzi mówi mi, że jestem podobny do taty. Często zamykam oczy i staram się wyobrazić siebie jako starszego człowieka, takiego, jakim byłby teraz mój ojciec. Jednak za każdym, gdy próbuję skupić moje myśli na swoim wyglądzie, ten się zamazuje i widzę nie Samuela Rossa, a Juliana Szulca, mojego… mojego opiekuna, obrońcę i przybranego rodzica.
Pospiesznie odwróciłem wzrok, skupiając się na migoczącym zniczu. Nie chciałem, by Jules zobaczył, że ledwie powstrzymuję się od płaczu. To, co o mnie powiedział, było spełnieniem najskrytszych marzeń, czymś, o czym nie śniłem jako rodzic czy mąż. Nawet moja córka Aria nigdy nie mówiła do mnie w ten sposób. Ale temu akurat niezbyt się dziwiłem. Ona miała wszystkich, których potrzebowała. No, może oprócz Hadesa, ale nie widziało mi się mówienie jej o tym, że jej dziadek jest panem śmierci, który w weekendy przewozi turystów po Styksie o pięćdziesiąt procent taniej, niż w tygodniu.
Jules klepnął mnie po ramieniu i parsknął głośnym śmiechem, który poniósł się echem po pustym cmentarzu.
- Tylko mi się tu nie rozpłacz, staruszku. Jeśli chcesz, mogę cofnąć wszystko, co powiedziałem.
- Wcale nie zamierzałem płakać – zaprzeczyłem, zerkając na niego z koślawym uśmiechem. – Gdybym zaczął ronić łzy, powiedziałbyś mojej córce, że jestem strasznym beksą.
- Nie wiem, czy mówienie jej o tym na coś by mi się przydało. Sam rozumiesz, nie chciałbym stracić u niej w oczach przez to, że cię oczerniam.
- Nie sądziłem, że tak bardzo zależy ci na jej opinii.
- Znasz mnie, wolę, gdy kobiety mają o mnie dobre zdanie.
- A zwłaszcza moja córka.
- Zwłaszcza ona.
Puściłem do niego oczko.
- Czas iść, nie uważasz? Już i tak zbyt długo tu siedzimy. Za chwilę Farida wyśle za mną szwadron śmierci.
- Boże, nie, idźmy stąd, zdecydowanie!
Wstaliśmy i ruszyliśmy w stronę bramy. Odwróciłem się przez ramię, chcąc jeszcze raz spojrzeć na grób Kariny. Omal nie wpadłem na Julesa, gdy dostrzegłem mężczyznę stojącego obok ławki, z której dopiero co się podniosłem. Miał na sobie długi płaszcz, który łopotał na wietrze, choć zginął będąc ubranym w lniane szaty bojowe. Widziałem na jego twarzy wdzięczność, jeszcze większą niż w chwili, gdy po raz ostatni z nim rozmawiałem, gdy zapewniałem go, że zrobię wszystko, by ochronić jego rodzinę. Pomachał mi, drugą dłonią ocierając pojedyncze łzy kapiące mu z policzków.
Przełknąłem ślinę i zerknąłem na Julesa. Z zaskoczeniem stwierdziłem, że ten również się zatrzymał, patrząc dokładnie w to samo miejsce, co ja. W miejsce, w którym stał jego ojciec. Jednak to nie to tak bardzo mnie przeraziło, a delikatny uśmiech, który zaczął malować się na twarzy chłopaka.
- Miałeś rację – szepnął, wpatrując się w swojego ojca z radością. – Jestem do niego bardzo podobny.
Nie rozumiałem, jak to możliwe, że przyjmował to wszystko z takim spokojem, że nie uciekł z krzykiem lub nie podbiegł do Samuela, wrzeszcząc na niego bez opamiętania. Pojąłem wszystko dopiero w chwili, gdy mu odmachał, wziął mnie pod ramię i, szczerząc do mnie zęby, rzekł:
- Czas iść do domu, tato.

__________

Podobało się? Mam nadzieję, że tak. Zanim ktoś spyta, tak, Julian ma tutaj prawie czterdzieści lat :") Jezu, jaki on stary.
I co? To chyba koniec, prawda? Historia Juliana się zakończyła. Tak, płakałam, gdy poprawiałam epilog oraz ową miniaturkę i wrzucałam je tutaj. Tak, płakałam, gdy uświadomiłam sobie, że nie dodam tu już ani jednego posta. Tak, płakałam, gdy zdałam sobie sprawę, że nikt już niczego nie skomentuje. Tak, zryczałam się jak głupia.
Chciałabym podziękować Wam za te wszystkie chwile spędzone na tym blogu, za komentarze (również na asku czy fb), za ciepłe słowa, za próby uduszenia mnie, za te wszystkie mini zawały i niekończące się trwanie w napięciu. Za to, że po prostu tu byliście i tak długo ze mną trwaliście. Jesteście cudowni, wszyscy.
Nie wiem, co jeszcze mogłabym powiedzieć. Może tylko tyle, że "to nie jest koniec, to nawet nie jest początek końca, to dopiero koniec początku." Dlaczego cytat taki a nie inny? Bowiem to faktycznie nie jest koniec. Mam dla Was niespodziankę, a choć niektórzy już o tym wiedzą, teraz chciałabym to jeszcze potwierdzić. Pracuję bowiem nad kolejnym blogiem, którego historia również będzie związana z Wygnanymi, Upadłymi, bogami, niesamowitymi zdolnościami. Fabułę owego opowiadania poznacie już niebawem, aczkolwiek po przeczytaniu tej miniaturki możecie się domyślać, kto będzie odgrywał główne role. Liczę na to, że się cieszycie.
Kocham, ściskam i całuję,
Wasza Marina ♥

wtorek, 29 listopada 2016

Epilog

Rozpiąłem dwa guziki koszuli, czując, że za chwilę nie będę miał czym oddychać. Zwolniłem chód, z większą dokładnością rozglądając się po okolicy, szukając tylko tej jednej osoby. Osoby, której w tej chwili potrzebowałem najmocniej w świecie. Skąd mogłem mieć pewność, że ją tu znajdę? Znałem się na ludziach, żadne myśli nie mogły przede mną uciec, żaden uciekinier nie mógł się przede mną ukryć, a już z pewnością nie ona. Ta, której nie widziałem już kilkanaście miesięcy.
Otoczył mnie tłum ludzi, jednak nie zaprzestałem moich poszukiwań. Nawet festiwale rozgrywające się obecnie w Sewilli nie mogły mnie odwieść od celu, jaki sobie obrałem. Nie zważając na niezwykłe gorąco i kilka młodych kobiet, które zaczęły obwieszać mnie kolorowymi wieńcami i złotymi talizmanami, przecisnąłem się w stronę wąskiej uliczki prowadzącej do jednej z najbardziej cenionych kawiarni w całej Hiszpanii. Osłaniając oczy od rażącego słońca, skupiłem swój wzrok na kilku stolikach znajdujących się tuż naprzeciw mnie. Choć tutaj również nie sposób było policzyć wszystkich turystów, którzy wręcz wchodzili na siebie, od razu ją dostrzegłem, mimo iż daleko jej było do dawnego wyglądu.
Obszedłem jakąś całującą się parę i stanąłem zaledwie dwa metry od niej. Jednak ona mnie nie zauważyła. Mimo to nie miałem wątpliwości co do tego, że znalazłem się u celu. Przy jednym ze stolików siedziała samotna kobieta. Wyglądała na jakieś dwadzieścia pięć lat, choć ja jedyny wiedziałem, że tak naprawdę była sporo starsza. Miała długie kręcone ciemnoblond włosy, zielone oczy, bladą cerę i niezwykle smukłe ciało. Jej delikatne palce wodziły bezwiednie po blacie stolika, zaś czerwone usta krzywiły się w kpiącym uśmiechu. Stwierdzenie, że była piękna, było lekkim niedopowiedzeniem. Była oszałamiająca. Zawsze wiedziała, jak zrobić na mnie wrażenie. Zerknąłem na jej ubranie i ledwie powstrzymałem się od śmiechu. Czarna sukienka i beżowe buty na wysokim obcasie idealnie pasowały do mojego garnituru. Zrządzenie losu? Najwyraźniej. Ostatnio, kiedy zamieniliśmy ze sobą kilka słów, było Boże Narodzenie prawie półtora roku temu.
Z nonszalancją odsunąłem krzesło stojące naprzeciwko niej, usiadłem i oparłem łokcie na blacie stolika. Zerknęła na mnie jakby od niechcenia, chwyciła szyjkę kieliszka i pociągnęła długi łyk. Gdy w całości osuszyła szkiełko, posłała mi kokietujący uśmiech i dotknęła dłonią mankietu mojej koszuli.
- Przepraszam, buñuelo*, czyżbyś się zgubił?
Grała, jak zwykle, ale jej słowa tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie pomyliłem jej z nikim innym. Tylko ona mogła nazwać mnie pączuszkiem.
- Bynajmniej, pajarito*, trafiłem dokładnie tam, gdzie chciałem.
Zmarszczyła brwi, a jej uśmiech zamienił się w grymas.
- Och, Julianie – szepnęła, odchylając się na krześle. – Taką miałam nadzieję, że jednak przyszedłeś poflirtować z pierwszą lepszą napotkaną kobietą.
- Gdybyś odpowiedziała na zaproszenie, na pewno wiedziałabyś, że mam żonę – powiedziałem, machając jej przed nosem palcem serdecznym prawej dłoni, na którym błyszczała złota obrączka.
Zachichotała, a ja poczułem, jak ściska mi się serce. To był ten śmiech, w którym byłem kiedyś zakochany, a w każdym razie którym byłem zauroczony. Nigdy tak naprawdę nie pojąłem, czy aby na pewno ją kochałem, czy może był to tylko wytwór mojej wyobraźni.
- Julian Szulc ma żonę. – Jej oczy na chwilę zmieniły kolor na czekoladowy, taki sam jak mojej małżonki, by po kilku sekundach wrócić do swojego dawnego odcienia. – Nie byłam na weselu, pączusiu, gdyż miałam ważniejsze sprawy na głowie niż twoje fanaberie. Poza tym dobrze znam ciebie i Faridę, nie musiałam lecieć przez pół kraju, by patrzeć, jak ślinicie się przed ołtarzem, a potem tańczycie wasz pierwszy taniec i kroicie ogromny tort, który zapewne smakował paskudnie.
- Skąd, był wyśmienity – zaoponowałem, a gdy moja towarzyszka nie zareagowała, nachyliłem się do niej i szepnąłem: - Madziu?
Magda spojrzała na mnie spod swoich długich, złotych rzęs. Wiedziałem, że nigdy nie przestanie, że wciąż będzie odmładzać się na siłę, a jej wygląd nigdy nie będzie świadczył o tym, że w rzeczywistości jest ode mnie sporo starsza. Pamiętałem jej słowa, jakby to było wczoraj.
„Chcę zrobić coś dobrego dla świata. Bogata w doświadczenia i potworności naszych czasów będę w stanie zapobiec innym klęskom. Może gdy znajdę właściwą osobę, która zawładnie moim sercem, przestanę używać tego Daru.”
Jaki był z tego wniosek? Wciąż nie znalazła właściwej przystani dla swego serca.
- Zaraz spytasz mnie o coś, na co wcale nie miałabym ochoty udzielać odpowiedzi – mruknęła, sięgając machinalnie po kieliszek, jakby zapomniała, że jest już zupełnie pusty.
- Owszem, mam zamiar o coś cię zapytać, ale czy mi odpowiesz czy nie… to naprawdę zależy tylko od ciebie. Równie dobrze możesz to przemilczeć, zrozumiem.
Posłała mi zaciekawione spojrzenie. Przygryzłem wargę. Czy naprawdę mogłem jej to zaproponować? Na pewno zda sobie sprawę, że gdy wyrazi zgodę na moją propozycję, będzie musiała skończyć z używaniem swojego Daru, dla dobra nas wszystkich, dla dobra kogoś, kto wkrótce być może stanie się dla niej kimś bliskim. I nie miałem tu na myśli mężczyzny ani nawet dorosłej kobiety. Nie, tu chodziło o kogoś ważniejszego.
- Ja i Farida… - zacząłem, jednak mój głos zabrzmiał tak, jakbym zdarł go sobie na stadionie. Odchrząknąłem i podjąłem kolejną próbę wysłowienia się. – My… będziemy mieli dziecko.
Żadnej reakcji, choć mógłbym przysiąc, że jej powieka lekko drgnęła. Wciąż wpatrywała się we mnie z uwagą, co zaczęło mnie trochę dekoncentrować.
- Dlatego oboje pomyśleliśmy, że skoro nie jesteś w stanie znaleźć swojego stałego miejsca, może… może zgodziłabyś się zostać matką chrzestną naszej córeczki, która przyjdzie na świat za kilka miesięcy.
Znów nic. Jej oczy błądziły po mojej twarzy, jakby próbowała doszukać się pułapki, jakby oczekiwała, że za chwilę wybuchnę śmiechem i oznajmię, że to żart, że przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie zrobiłby z niej matki chrzestnej. Z niej, bezwzględnej i niebezpiecznej zabójczyni.
Już miałem zamiar przeprosić ją za moją głupotę, gdy ta drgnęła, poderwała się z krzesła i rzuciła mi się w ramiona. Spodziewałem się wszystkiego, ale na pewno nie tego. Poczułem, że po moim karku zaczyna spływać woda. Nie, to były łzy, niezwykle gorące łzy należącego do kogoś, kto nigdy nie płakał.
Magda oderwała się ode mnie. Jej twarz była niezwykle wilgotna, a usta rozciągnęły się w promiennym uśmiechu. Machnęła obojętnie ręką, a jej makijaż znów był na swoim miejscu, choć oczy nadal sprawiały wrażenie, jakby miały otworzyć tamę i wypuścić kolejny potok. Cofnęła się na swoje krzesło i położyła dłonie na moim ramieniu.
- Przepraszam za reakcję – wychrypiała, nadal uśmiechając się jak najszczęśliwsza osoba pod słońcem. – Po prostu…. Po prostu nigdy nie sądziłam, że znajdzie się ktoś, kto aż tak mi zaufa, kto postanowi powierzyć mi życie jakiejś niewinnej, maleńkiej istotki.
- Farida i ja uznaliśmy, że nie znamy innej równie idealnej osoby do tego zadania – przyznałem, wciąż będąc w szoku po jej małym pokazie. – Czy to znaczy, że się zgadzasz?
- Oczywiście, pączusiu! – zawołała, nie zwracając uwagi na otaczających nas ludzi, którzy zerknęli na nią z zaskoczeniem i zaczęli szeptać niepochlebne uwagi po hiszpańsku. – Oczywiście!
- Ale chyba zdajesz sobie sprawę, że będziesz musiała…
- Przestać majstrować przy swoim wyglądzie? Wiedziałam, że nie od razu wyjawisz córce całą prawdę. Jeśli to jest to, czego ode mnie oczekujesz, w porządku. Dla ciebie zrobię wszystko.
Posłała mi kolejny szaleńczy uśmiech, a ja ledwie powstrzymałem się od tego, by paść przed nią na kolana i zacząć dziękować jej za to, co zamierzała zrobić dla mnie, dla mojej rodziny. Magda puściła moje ramię, a gdy odgarnęła do tyłu swoje bujne włosy, dostrzegłem złoty łańcuszek z zamocowanym na końcu różowym kamyczkiem zwisającym z jej smukłej szyi. Zamarłem.
- Wciąż go nosisz – wysapałem, wskazując palcem na wisiorek, który podarowałem jej dwa lata temu w Mieście Upadłych.
Zmarszczyła brwi i zerknęła na swoją pierś. Jej uśmiech nieco zbladł, ale nadal wyglądała na szczęśliwą.
- Oczywiście, głuptasku, to w końcu jedyny prezent, jaki kiedykolwiek od ciebie dostałam. Choć ogólnie rzecz biorąc jest to podarek od bogini miłości, więc jeśli sądzisz, że powinnam go wyrzucić, powiedz słowo…
- Nie, nie – zaprzeczyłem stanowczo. – Zatrzymaj go i noś tak długo, jak będziesz chciała. Po prostu trochę mnie to zaskoczyło.
Magda puściła mi oczko, sięgnęła po torebkę i wstała, dokładnie wygładzając swoją niezwykle opinającą sukienkę.
- Czasem nawet niezwykle proste gesty są w stanie zaskoczyć tych najpotężniejszych. Do zobaczenia w lepszych czasach, skarbie. Niedługo znów się zobaczymy. I nie waż się nazywać dziecka moim imieniem.
Mówiąc to cmoknęła mnie w czoło i oddaliła się zatłoczonymi uliczkami Sewilli. Jej blond włosy falowały na wietrze jak chorągiew. Obserwowałem ją, dopóki nie przysłonił mi jej tłum ludzi, po czym wypuściłem ze świstem powietrze, sięgając po telefon. Farida na pewno będzie zaskoczona, gdy oznajmię, że Magda bez wahania się zgodziła. W końcu kto jak kto, ale one dwie nigdy za sobą nie przepadały, co na moje szczęście zmieniło się po wojnie z Upadłymi.
Miałem właśnie wykręcić numer, gdy usłyszałem ciche chrząknięcie. Podniosłem wzrok i jęknąłem. Miejsce Magdy zajął wysoki mężczyzna, którego wygląd pozostawiał wiele od życzenia. Miał na sobie znoszoną koszulkę Pink Floyd, czarne spodnie i ciężkie buciory. Na jego nosie widniały okulary przeciwsłoneczne, a ciemnobrązowe włosy sterczały we wszystkie strony tak, jakby przesadził z ilością żelu. Hades, mój ojciec.
- Podejrzewam, że nie wpadłeś tu, by napić się wina – mruknąłem, odchylając się na krześle. Jego przednie nóżki powędrowały w górę.
Hades uśmiechnął się zawadiacko, rozglądając się po placu.
- Nie, aczkolwiek chyba mnie namówiłeś.
Ze spokojem obserwowałem, jak ojciec zamawia sobie najdroższe wino i sączy je z niezwykłą gracją. Jak na boga umarłych miał w sobie więcej elegancji, niż jego brat, który równie dobrze w tej chwili mógł celować do mnie z jednego ze swoich piorunów.
Gdy Hades opróżnił kieliszek, rozciągnął się na krześle i spojrzał na mnie spoza ciemnych okularów.
- Miłość jest okrutna, nieprawdaż? – zapytał.
- O czym ty mówisz?
Czasem miałem wrażenie, że mojemu ojcu brakowało piątej klepki, ale wolałem nie mówić tego na głos. Po pierwsze, na pewno by mi się za to oberwało. Po drugie, to mogło być dziedziczne, a wypowiedzenie tego na głos mogło sprawić, że stałoby się to nieodwracalną prawdą.
- O Magdzie – odparł, nadal patrząc na mnie z uwagą; okulary zsunęły mu się z lekko spoconego nosa tak, że mogłem zobaczyć czerń jego oczu. – Trochę mi jej szkoda, wiesz? Zakochała się nieszczęśliwie, ten chłopak nawet nie dostrzegł jej uczuć, choć spędzał z nią bardzo dużo czasu. Raz nawet do czegoś między nimi doszło, a choć on był w stanie się do niej przekonać, ona odrzuciła go z jednego powodu, którym była prawdziwa miłość owego chłopaka. Czyż ona nie jest szlachetna? Porzuciła własne uczucia, by sprawić, że ktoś, kogo kochała ponad życie, wiódł szczęśliwe życie u boku innej.
On naprawdę zwariował, pomyślałem.
- Pleciesz głupoty – powiedziałem stanowczo. – Jej chłopak zginął. Mówiła, że zmarł, że nie miał nikogo bliskiego.
- Mówiła też, że jesteś do niego strasznie podobny – rzekł z powagą. – A ponieważ jakimś cudem jeszcze niczego nie pojąłeś, pozwól, że ci podpowiem. Miłość jej życia zginęła, to fakt, ale potem cudem zmartwychwstała. Zabawne, prawda? Macie ze sobą tyle wspólnego…
Poczułem, jak coś ciężkiego opada mi na dno żołądka. Wreszcie to do mnie dotarło. Dotarła do mnie prawda, której nie byłem w stanie pojąć przez moje ograniczenie i zaślepienie. Madzia… Moja niesamowita Madzia. Tyle razy narażała życie, by mnie ratować, traktowała z wyższością, by nie musieć cierpieć, płakała nad moimi ranami, gdyż sama jednocześnie je odnosiła, twierdziła, że jestem dla niej nikim, bo gdyby przyznała się do słabości, musiałbym znów ją zranić. Ona nie kochała jakiegoś obcego mi chłopaka. Ona kochała mnie. I dlatego nie pojawiła się na weselu. Nie mogła patrzeć, jak ślubuję miłość komuś, kto teoretycznie zajął jej miejsce.
Wszystkie wspomnienia z naszej wyprawy zwaliły się na mnie jak lawina. Oddała mi pocałunek, myśląc, że naprawdę darzę ją tak ogromnym uczuciem. Gdy pojęła, że moje serce wciąż należy do Faridy, postanowiła, że zrobi wszystko, by nas do siebie zbliżyć, zrażając mnie jednocześnie do niej samej. Te wszystkie sprzeczki, próby wyprowadzenia mnie z równowagi, głupie aluzje i durne żarty… A wtedy, w Polsce, w Ogrodzie Życia… Mówiła, że jej umysł nawiedził chłopak, którego kochała. A skoro tym kimś byłem ja, oznaczało to mniej więcej tyle, że to ja mąciłem jej w głowie, ja doprowadzałem ją do szaleństwa. To mój głos sprawił, że została opętana i omal mnie nie zabiła. I to wszystko dlatego, by pokazać, że potrafi zapomnieć o swoich potrzebach, swoich uczuciach, swoich marzeniach. A ja… ja byłem ślepy. Ślepy na niesamowitą miłość, którą mnie obdarzyła, ślepy na największe poświęcenie, jakiego kiedykolwiek się dopuściła.
Przypomniały mi się jej słowa, które wypowiedziała, gdy została opętana w Ogrodzie. Błagała wtedy o litość, mówiła, że powie i zrobi wszystko, byleby tylko jej cierpienie się zakończyło. Mówiła wtedy do mnie, a raczej do mojego widma, które, jak mniemałem, kazało przyznać się jej do uczucia, jakim mnie darzyła. Ona tego nie zrobiła. Wolała umierać z bólu, niż sprawić, bym zapomniał o Faridzie.
Spojrzałem z przerażeniem na Hadesa, a ten ewidentnie odetchnął z ulgą.
- No wreszcie! – zawołał radośnie. – Myślałem, że nigdy do tego nie dojdziesz.
Widząc, że pogrążam się w jeszcze większej rozpaczy, dodał:
- Nie traktuj jej jak męczennicy, synu. Zrobiła to, co uważała za słuszne. Jak mówiłem, miłość jest okrutna, a tylko nieliczni są w stanie stanąć naprzeciw niej jak równy z równym. Kimś takim jest właśnie Magda.
- Jak mogłem tego nie zauważyć? – zapytałem, chowając twarz w dłoniach. – Ona tyle dla mnie zrobiła, tyle przeze mnie wycierpiała…
- Kochałeś Faridę, nikogo więcej. To jej oddałeś swoje serce, a Magda pojęła, że jest na straconej pozycji, więc robiła wszystko, by pomóc ci ją odzyskać. Tak robi ktoś, kto jest zakochany, walczy o radość tej drugiej osoby do samego końca. I nie mów mi, że postąpiłbyś inaczej, gdybyś mógł cofnąć czas. Afrodyta miała rację, nigdy nie kochałeś Magdy i nie pokochałbyś jej nawet znając prawdę. Pogódź się z tym, co się stało i idź dalej przez życie akceptując swoje potknięcia.
- A ja zaproponowałem jej, by została matką chrzestną mojego dziecka – jęknąłem z żalem. – I teraz tym bardziej nie pojmuję, dlaczego się zgodziła.
- Sama ci to powiedziała – dla ciebie zrobiłaby wszystko. Ona zaakceptowała to, że nigdy nie będziesz należeć do niej. Teraz ty zaakceptuj to, czego się właśnie dowiedziałeś i daj jej szansę na nowe, lepsze życie.
- Tato… - wyszeptałem, podnosząc wzrok, ale jego już nie było. Zostawił mnie całkiem samego z pustym kieliszkiem i ogromnym rachunkiem do zapłacenia. Tylko to pomyślałem, na blacie pojawił się plik pieniędzy i krótki liścik: „Wybacz, taka wada bycia bogiem – u siebie nie muszę za nic płacić.”. Schowałem kartkę do kieszeni i niemal się uśmiechnąłem. Niemal. Właśnie przyszło mi się zmierzyć z najgorszą prawdą mojego życia. Jak mogłem teraz spojrzeć Magdzie w twarz? Jak mogłem ukrywać to wszystko przed Faridą? A może ona już o wszystkim wiedziała? Może dlatego w ostatnim czasie tak bardzo troszczyła się o Magdę? Kobiety to dziwne stworzenia.
Poczułem lekkie klepnięcie w ramię. Odwróciłem się i poczułem, jak wszystkie smutki ze mnie uciekają. Za mną stała Farida. Miała na sobie żółtą sukienkę do kolan. Jej brzuch był na tyle duży, że można było od razu stwierdzić, iż nosi pod sercem maleńkie życie. Była piękna, jak zwykle. Czarne włosy miała związane w luźnego koka, a jej czekoladowe oczy patrzyły na mnie na przemian z troską i radością. Ujęła moją dłoń i szepnęła:
- I jak, widzieliście się? Wiem, że miałam czekać w hotelu, ale po prostu nie mogłam, nie wiedząc…
- Tak, widziałem ją – powiedziałem, czując, jak w moim gardle rośnie wielka gula. – I może w to nie uwierzysz, ale tak, zgodziła się.
Farida wyglądała na równie zaskoczoną, jak ja wcześniej. Jednak po chwili jej twarz rozjaśnił promienny uśmiech. Znów przypominała mi tę dziewczynę, w której nie tak dawno zakochałem się do szaleństwa, która była w stanie oddać życie po to, by mnie ratować. Przyciągnęła mnie do siebie, a ja poczułem szalone bicie jej serca.
- To cudownie, naprawdę! – Jej oczy świeciły jak małe latarnie. – Więc co teraz? Masz zamiar oprowadzić mnie po mieście?
Uśmiechnąłem się do niej i pocałowałem ją żarliwie. Brakowało mi jej ciepła, choć nie widzieliśmy się zaledwie dwie godziny. Przez ten czas czułem się tak, jakby pozbawiono mnie odpowiedniej ilości powietrza, jakbym przez długi czas był przetrzymywany w ciasnym pudle bez możliwości wyjścia. Gdy się od niej oderwałem, dostrzegłem złote plamki na jej czekoladowych źrenicach. Obecność bogini. Już przestało mnie to irytować. Dla niej byłem w stanie znieść wszystko.
- Owszem, oprowadzę – rzekłem, ciągnąc ją za sobą w stronę głównej alei. – I przy okazji opowiem ci niezwykłą historię.
Farida uczepiła się mojego ramienia, zaciskając palce na mojej dłoni. Poczułem chłód metalu, który nosiła na palcu. Jej obrączkę. Symbol tego, co już nigdy nie miało nas rozłączyć.
- A o czym będzie ta historia? – spytała.
Cmoknąłem ją w czubek głowy. Podjąłem już decyzję. Musiała znać prawdę.
- O najodważniejszej i najbardziej honorowej kobiecie, jaką kiedykolwiek poznałem – odparłem, wkraczając z nią w tłum mieszkańców Sewilli.

buñuelo* - z hiszpańskiego „pączuszku”
pajarito* - z hiszpańskiego „ptaszyno

__________

Epilog miałam już napisany, gdy byłam w połowie tego opowiadania. Potem dodawała tylko szczególiki, ale ogólny koncept w ogóle się nie zmienił. Zapewne zauważyliście, że jest dość długi (w wordzie sięgnął 6 stron, podczas gdy rozdziały na ogół miały ich 8-9). Chciałam umieścić tu wszystko, co ważne, a co jeszcze nie zostało wspomniane. Być może ktoś domyślił się wszystkiego o Magdzie, być może ktoś od razu wiedział, co czuła do Juliana. Mam jednak nadzieję, że i tak choć w najmniejszym stopniu udało mi się Was zaskoczyć.
Planowałam skończyć to opowiadanie na epilogu, jednak do głowy wpadł mi pewien pomysł i stworzyłam miniaturkę, która ma miejsce dwanaście lat po wydarzeniach z tego postu. Na początku miałam jej nie upubliczniać, ale bardzo mi się spodobała i stwierdziłam, że jednak nie głupio byłoby pokazać Wam coś, co w gruncie rzeczy ma małe znaczenie, a jednak jest cudowne. Już w piątek sami się o tym przekonacie.
Tak więc wstrzymam się jeszcze z podziękowaniami i oficjalnym zakończeniem. Byle do piątku.

piątek, 25 listopada 2016

Rozdział 45 "Ostatni taniec"

Siedem miesięcy później

Od godziny tarmosiłem swój krawat zawiązany ciasno pod szyją, aż w końcu rozwiązałem go z wściekłością i cisnąłem nim na koniec korytarza. Nie lubiłem się stroić, ale wiedziałem, że tego wymagała ode mnie sytuacja – przyjęcie z okazji odbudowania dawnej cytadeli Morozowa, która teraz stała się pięknym pałacem. Nie miałem pojęcia, że rodzice Feliksa oraz pozostali Wygnani zajęli się stawianiem murów na nowo, ale ponoć siedziba ta miała teraz służyć nowemu carowi, który okazał się być bardzo prawym gościem, i który, co było dla mnie wielkim zaskoczeniem, również był Wygnanym. Świat jest jednak bardzo mały.
Odbudowa rosyjskiego pałacu zajęła więcej czasu, niż naprawa zamku w Lyonie, ale trudno było się temu dziwić. W końcu osobiście zrównałem to miejsce z ziemią, dbając o to, by nie ostała się nawet jedna maleńka ściana. Przynajmniej nowy budynek był znacznie ładniejszy i o wiele większy, więc możecie mi tylko podziękować.
- Tu jesteś!
Odwróciłem się pospieszenie. Ku mnie szła Tosia. Jej długa, szmaragdowozielona suknia szeleściła delikatnie na marmurowej posadzce. Fakt, byłem zaręczony, ale nie mogłem nie zauważyć, że wyglądała cudownie. Jej długie kasztanowe włosy były starannie upięte, a suknia, choć złożona z kilku warstw, wydawała się być lekka i zwiewna. Dziewczyna ściągnęła białe rękawiczki i wyciągnęła do mnie dłoń, uśmiechając się promiennie. Jej nowe zielone oczy (których kolor podkradła od Maksa) patrzyły na mnie z nieukrywaną radością.
- Wszyscy cię szukają – powiedziała. – Jedynie Farida się nie niepokoiła. Czy ona wie coś, o czym nie wiedzą pozostali?
- Myślisz, że zgodziła się za mnie wyjść nie wiedząc, kim jestem? – zapytałem, szczerząc do niej zęby. – Po prostu rozumie, przez co ostatnio przeszedłem.
- Nadal nie możesz pogodzić się ze skutkami wojny?
Przed moimi oczami stanął obraz Camille, potem Anubisa, a na końcu Samuela. To widok tego ostatniego zabolał mnie najbardziej. Za nic tak bardzo się nie obwiniałem, jak za jego śmierć.
- Wiesz, co się stało – mruknąłem. – Wiesz, kogo straciłem. Teraz… teraz jest dobrze, ale wciąż mam wyrzuty sumienia.
- Rachel na pewno nie ma ci tego za złe, Julek – szepnęła, gładząc mnie po policzku. Niemal zdążyłem zapomnieć, że Tosia tak dobrze znała się na ludziach. – Nie widziałeś jej przez prawie rok, może warto byłoby zrobić ten pierwszy krok i ją odwiedzić?
- Nie zjawiła się na przyjęciu?
- Oczywiście, że nie, ale to nie ze względu na ciebie. Musi zająć się synkiem. Już zbyt wiele osób straciła, by zaniedbać także i jego.
- Chodźcie, gołąbeczki!
Ku nam spieszył Maks. Jego blond włosy sterczały we wszystkie strony, jakby dopiero co wyskoczył z samolotu. Miał na sobie podobny garnitur do mojego, ale był w znacznie lepszym humorze. Podszedł do Tosi, cmoknął ją w policzek i puścił mi oczko.
- Nie uciekaj tak gościom – burknął, jednak wcale nie wyglądał na rozgniewanego. – Jest jeszcze masa ludzi, którzy chcąc cię poznać. W końcu nie co dzień spotyka się Juliana Szulca, syna samego boga śmierci.
Westchnąłem głęboko. Oczywiście opowiedziałem przyjaciołom o moim pochodzeniu i o wszystkich zdolnościach, jakie posiadałem. Nie mogłem tego przed nimi ukrywać, zasługiwali na wyjaśnienia. Miał być to nasz sekret, utrzymywany jedynie pomiędzy najbliższymi mi osobami, więc to jasne, że wiedział już cały świat. Stałem się obiektem muzealnym, który każdy chciał podziwiać. Na ich miejscu zapewne postąpiłbym podobnie. Sam chciałbym zobaczyć kogoś, kto opanował wszystkie cztery żywioły, kto leczył rany jednym dotykiem, kto unosił przedmioty jedynie poprzez patrzenie na nie, kto był w stanie zapanować nad ludzkimi umysłami, kto przeżył prawdziwe piekło. Zaczynało mnie to jednak powoli irytować. Pragnąłem teraz tylko jednego – długich wakacji z Faridą u boku. Żadnych zmartwień, żadnych misji, żadnych poświęceń. Czy wymagałem zbyt wiele?
Tosia, widząc moje skonsternowanie, mruknęła:
- Dajmy mu czas, niech ochłonie. Julianie – dodała, patrząc mi prosto w oczy. – Obiecaj, że przyjdziesz, proszę. Nie unikaj tych, którzy cię kochają.
- Przyjdę – zapewniłem, unosząc dwa palce do góry. – Nie martw się.
Tosia skinęła głową i pociągnęła za sobą Maksa, który na odchodne rzucił mi zaniepokojone spojrzenie. Wiedziałem, że nie będę w stanie wiecznie się ukrywać. Poza tym na sali znajdowały się osoby, których towarzystwa pożądałem najbardziej. Nie mogłem tak po prostu od nich uciec. Biorąc ostatni głęboki oddech, ruszyłem za przyjaciółmi.
Nowa sala była imponująca, o wiele piękniejsza od poprzedniej, choć kolorystycznie niewiele się od niej różniła. Tutaj również wisiały granatowe draperie, a z sufitu zwieszały się kryształowe żyrandole. Posadzka mieniła się złotem, a piękne rośliny nadawały życia całemu wystrojowi. Na parkiecie roiło się od ludzi. Wielu z nich tańczyło, kilkoro stało z boku, gawędząc spokojnie, a jeszcze inni przysiedli się do stołu, zajadając z apetytem wykwintne potrawy. Starając się umknąć przed największym tłumem, schyliłem się i ruszyłem na sam koniec pomieszczenia, gdzie dostrzegłem Feliksa i Vittorię, którzy rozmawiali z Yuan odzianą w swoje rodowe szaty. Nim do nich podszedłem, księżniczka została porwana na parkiet przez jakiegoś mężczyznę, a moi przyjaciele zostali sami. Stanąłem obok nich i zagwizdałem, patrząc na Vittorię.
- Wyglądasz szałowo – stwierdziłem, podziwiając jej długą, białą suknię. – Zupełnie, jakbyś już szła do ślubu.
Vittoria jęknęła, zerkając na Feliksa z rozdrażnieniem.
- Mówiłam ci, że to kiepski pomysł – fuknęła, kręcąc z dezaprobatą głową. – Już chyba osiem czy dziewięć osób porównało mnie do panny młodej.
- Nie narzekaj – rzekł Feliks, uśmiechając się szelmowsko. – Powinnaś się przyzwyczajać.
- Ale Julian nie kazał Faridzie zakładać białej sukni! – zaprotestowała. – A w końcu ich ślub jest już za miesiąc, a nasz dopiero za pół roku.
- Więc sugerujesz, że mam ją z ciebie ściągnąć siłą? Tutaj? Teraz?
- Jesteś niemożliwy!
- Ale mnie kochasz.
- Nie mam za bardzo innego wyjścia.
Parsknąłem śmiechem, widząc oburzenie na twarzy Feliksa i wyraz triumfu na twarzy Vittorii. Wcześniej nie zwracałem na to uwagi, ale oni naprawdę do siebie pasowali. Wiedziałem, że nie będzie im łatwo, że będą się kłócić tak często, jak to będzie możliwe, ale kochali się, to było najważniejsze. Jedno oddałoby życie za drugie, co już nie raz zdążyli udowodnić. Można powiedzieć, że towarzyszyłem im przez cały ten czas. Byłem tym, który widział ich pierwszą kłótnię, który widział ich zbliżanie się do siebie, który widział cierpienie obojga, który widział ich łzy szczęścia i łzy smutku, który widział rozkwitającą między nimi miłość. Może to dziwne, ale od początku miałem dziwne przeczucie, że jeśli ta dwójka przetrwa wojnę, razem ułoży sobie szczęśliwe, dostatnie życie. Może powinienem zastanowić się nad objęciem stanowiska Wyroczni?
- Daj już spokój – powiedział Feliks. – Julian nie musi wysłuchiwać twoich niezwykle ambitnych tekstów.
- Ależ skąd, z przyjemnością was posłucham. Zawsze lubiłem, gdy się sprzeczaliście.
Oboje wybuchnęli śmiechem, a moje serce omal nie eksplodowało z uciechy. Dawno nie widziałem ich w tak dobrych humorach. I kto by pomyślał, że rok temu oboje byli tak samo bliscy śmierci, jak ja.
- Widzieliście może Faridę? – zapytałem.
- Ostatnio rozmawiała z Eryką na tarasie – odparła Vittoria. – Sprawdź, może nadal tam są.
Puściłem im oczko i ponownie wmieszałem się w tłum. Na szczęście nikt nie zwracał na mnie zbytniej uwagi. Być może sądzili, że ten cały Julian Szulc będzie wyglądał o wiele dostojniej i będzie wręcz emanował magią. No cóż, przez ten długi czas nauczyłem się, jak dobrze ukryć się przed ludźmi i jak utrzymać moje moce w ciasnych ryzach. Dopóki miałem Faridę, nad wszystkim panowałem.
Nim doszedłem na taras, wpadłem na Nikodema. Chłopak stał oparty o jeden ze stołów i wpatrywał się z naburmuszoną miną w pusty kieliszek po szampanie. Jeśli ktoś go nie znał, zapewne sądziłby, że chłopak ma obie nogi całkowicie zdrowe, gdyż przez garnitur nie było widać jego prawdziwej ułomności. Od niedawna miał specjalną protezę przymocowaną do kolana, dzięki której mógł poruszać się tak, jak przed chorobą. Słyszałem jednak, że czasem zdarzyło mu się wymieniać ją na metalową kończynę, którą sam stworzył. Twierdził, że dobrze jest mieć przy sobie coś, co przysłuży mu się w walce, gdyby taka nastąpiła. Jeśli miałby wtedy na sobie protezę od ojca, mógłby co najwyżej wyciągnąć z niej kilka śrubek, by cisnąć nimi w oczy napastnika. Nie zwróciłem mu uwagi na to, że jeśli użyje do walki swojej nogi, zostanie pozbawiony jednej kończyny, a wtedy raczej ciężko będzie mu zachować równowagę. Wiedziałem, że i tak by mnie przegadał.
Chłopak szybko mnie dostrzegł. Wyszczerzył zęby i odstawił kieliszek na bok.
- Cześć, chłopie! – zawołał, machając ręką, bym podszedł bliżej. – Muszę zagadać z obsługą – mruknął, gdy również oparłem się o stół. – Sądziłem, że skoro jesteśmy w Rosji, będzie się tu lała wódka. A to? To jakiś marny szampan z setką bąbelków!
- Przyszedłeś tu, żeby się upić? – zapytałem z uśmiechem.
- Nie, ale sądziłem, że bardziej o mnie zadbają.
Przewróciłem oczami, po czym nachyliłem się do niego i zapytałem:
- Widziałeś Faridę?
- Rozmawia z Eryką, są chyba na tarasie.
- A… - Zawahałem się, jednak tylko na chwilę. – A Magda?
Nikodem rozejrzał się dookoła z zaniepokojeniem. Wiedziałem, że sprawdza, czy nikt nas nie podsłuchuje. Sprawy związane z Magdą nadal były owiane wielką tajemnicą, a wszyscy woleliśmy, by tak zostało.
- Nie przybyła z nami, jeśli o to pytasz – rzekł. – W ogóle jej tu nie widziałem. Po tym, jak wysłała do nas swój dziennik, z którego dowiedzieliśmy się o niej całej prawdy, dosłownie zapadła się pod ziemię. Czy ona nie wie, że nie mamy jej niczego za złe?
- Nawet ty? – zapytałem z zaskoczeniem.
- Pewnie, że nie! Gdyby moim ojciec był Edward Lubomirski, też nie kwapiłbym się z tym, by wszystkim o tym opowiadać. Doskonale rozumiem, w jakiej była sytuacji, w jakiej nadal jest. Szkoda, że zniknęła. Szkoda też, że wcześniej nic nam nie powiedziałeś.
- Wiesz, że szanowałem jej prywatność. Tak, znałem jej prawdziwą tożsamość, ale wolałem, by to ona wyznała wam całą prawdę. Nie byłem zobowiązany do tego, by rozgłaszać wszem i wobec, że nie zginęła w pożarze, że zdobyła niesamowitą moc, że przez lata ukrywała się przed swoim prawdziwym ojcem. Każdy ma prawo do sekretów.
- Pasowalibyście do siebie – mruknął, uśmiechając się do mnie kpiąco. – Moglibyście wziąć udział w konkursie dla pary o największej liczbie tajemnic oraz dla osób o zabójczych umiejętnościach.
- Bylibyśmy jak Pan i Pani Smith – stwierdziłem, mając na myśli świetny film z Angeliną Jolie i Bradem Pittem. Obejrzyjcie, gorąco polecam. – Ostatecznie zaczęlibyśmy sami na siebie polować.
- Przynajmniej byłoby ciekawie. Na pewno byś się nie nudził.
- Skąd wniosek, że teraz się nudzę?
- Znikąd. Ech, nie mówmy już o niej.
W duchu przyznałem mu rację. Magda była dla mnie bardzo ważna, ale od chwili, gdy straciłem z nią zupełny kontakt, zacząłem się zastanawiać, czy aby nie postanowiła zrobić czegoś głupiego. W liście, który wysłała razem z dziennikiem, napisała, że to koniec, że nigdy już jej nie zobaczymy ani o niej nie usłyszmy. Nie wiedziałem, co o tym myśleć. Dlaczego uciekła? Przecież moglibyśmy jej pomóc, nawet Nikodem nie miał jej niczego za złe, a to należało do cudów. W końcu oboje za sobą nie przepadali. Czy ona naprawdę nie rozumiała, że otaczali ją ludzie, którym bardzo na niej zależało? A może wyruszyła w świat ze swoją misją humanitarną?
 „Chcę zrobić coś dobrego dla świata. Bogata w doświadczenia i potworności naszych czasów będę w stanie zapobiec innym klęskom.
Tak, właśnie tak powiedziała, gdy byliśmy w Amritsarze. Może faktycznie zajęła się czynieniem dobra. Może.
Usłyszałem czyjś głośny chichot. Odwróciłem się, a moje serce zatrzepotało z radości. Tuż za nami stała Eryka, a razem z nią Farida. Obie wyglądały niesamowicie, jeszcze piękniej niż Tosia czy Vittoria. Podczas gdy Eryka miała na sobie suknię w kolorze nieba, Farida zdecydowała się na mocną czerwień. Uwielbiałem ją w tym kolorze. Ale czy był jakiś kolor, w którym mi się nie podobała? Hmm, chyba nie. Równie dobrze mogłaby tu stanąć w worku na śmieci, a i tak byłaby piękna.
Eryka podeszła do Nikodema, chwyciła go pod ramię i posłała mu wyzywające spojrzenie.
- To co, jednonogi? – zapytała, unosząc dumnie głowę. – Zatańczymy?
- Już myślałem, że nie poprosisz – odparł, całując ją w czoło. – Państwo wybaczą – dodał, zerkając na mnie i Faridę. – Obowiązki wzywają.
Uśmiechnąłem się nieznacznie, patrząc, jak Nikodem podryguje swoją sztuczną nogą i podskakuje jak głupi, próbując tym samym rozdrażnić Erykę. Ona jednak niewiele sobie z tego robiła, patrząc na niego jak na mało interesujący okaz w muzeum. Ich relacja była dziwna, ale wiedziałem, że kochali się jak szaleni.
Poczułem dotyk ciepłej dłoni na moim ramieniu. Spojrzałem na Faridę, która uśmiechała się do mnie promiennie. Jej oczy nie miały w sobie nic ze złota – najwyraźniej coraz lepiej szło jej panowanie nad drzemiącą w niej boginią. Westchnąłem. I pomyśleć, że za miesiąc będę mógł ją nazywać panią Szulc, moją jedyną, niepowtarzalną żoną.
- Chyba nie bawisz się zbyt dobrze – zauważyła, marszcząc brwi.
- Wciąż myślę o Rachel – przyznałem.
- Więc leć do niej, choćby i teraz. Mówię poważnie – dodała, widząc moją buntowniczą minę. – Nie zniosę patrzenia na to, jak cierpisz. Idź, porozmawiaj z nią, a potem wróć do mnie w pełni szczęśliwy.
- Sądzisz, że rozmowa z nią jakoś na mnie podziała?
- Jeśli ona tego nie zrobi, możemy już stracić nadzieję.
Pocałowałem ją delikatnie. Jej usta smakowały czekoladą i jakimś alkoholem.
- Dobrze, ale pod jednym warunkiem. Zatańczysz ze mną?
Farida zachichotała.
- Oczywiście – odparła, dając poprowadzić się na środek parkietu.
Położyłem jedną dłoń na jej tali, a drugą chwyciłem jej delikatna dłoń, kołysząc się w rytm muzyki. Farida oparła głowę na moim ramieniu, nucąc coś cichutko pod nosem. Po chwili zapytała:
- Pamiętasz może o naszym zakładzie?
Omal nie wybuchnąłem śmiechem.
- Jesteś cudowna, wiesz? Pamiętam, i co w związku z tym?
- Mamy układ – ty robisz coś dla mnie, a ja dla ciebie.
- Czego więc żądasz, moja droga?
- Pozwolisz mi samej urządzić nasze przyszłe mieszkanie. Żadnego wtrącania się, żadnej ingerencji w moje pomysły.
- Odbierasz mi radość ze zrobienia z naszego domu pirackiego statku. Ale spytam poważnie, tylko tego chcesz? Myślałem, że będzie to coś bardziej wyrafinowanego.
- Wszystko inne już mam. Mam ciebie, czego mi więcej potrzeba?
Wtuliłem twarz w jej włosy.
- Chyba niczego. Ale w porządku, nie odezwę się nawet słowem. Pozwól więc, że teraz moja kolej. Chciałbym… chciałbym poznać powód, dla którego wiesz, że to ja pierwszy tobie uległem.
Farida oderwała się od mojego ramienia i posłała mi zaskoczone spojrzenie. Po chwili jednak przywołała na twarzy szeroki uśmiech i rzekła:
- Pamiętasz dzień, w którym się spotkaliśmy? Wtedy, w Rzymie, powiedziałam, że zmieniłeś kolor swoich oczu na bursztynowy. Jednak to nie była prawda. Wiedziałam, że taki kolor oczu wcześniej miała Tosia i że bardzo ją kochałeś, dlatego byłam pewna, że to o niej pomyślisz, gdy ci powiem, że twoje tęczówki przyjęły taki sam kolor.
- A więc jaki kolor przybrały moje oczy? – zapytałem nieco zmieszany.
- Były czekoladowe. Takie, jak moje.
Omal się nie potknąłem. Wątpiłem, by kłamała, po co miałaby to robić. A więc już wtedy mi się spodobała? Już wtedy pomyślałem o niej jak o kimś więcej, niż tylko nowej znajomej? Jeśli tak, to by znaczyło, że byłem bardziej kochliwy, niż sądziłem.
Widząc przerażenie malujące się na mojej twarzy, Farida wyszczerzyła do mnie zęby.
- Spokojnie, skarbie, wcale mnie to do ciebie nie zniechęciło. Byłam zaskoczona, to wszystko, ale być może dzięki temu tak szybko się do ciebie przywiązałam.
Dobrze, że nie poprosiła mnie o to, bym opowiedział jej, co stało się w świątyni Wenus. Wtedy musiałbym przyznać, że traktowałem ją wtedy jak najważniejszą osobę w moim życiu. Mogłaby mnie wziąć za dziwaka. Być może kiedyś jej to wyjawię, teraz chyba nie byłem na to gotowy. A może ona już to wiedziała? W końcu część jej duszy należy do bogini miłości, która dobrze znała się z Wenus. Jeśli jedna bogini wypaplała wszystko drugiej, Farida również była w tej kwestii dobrze poinformowana. Jeśli tak było w istocie, miałem szczęście, że mnie nie zabiła.
- A więc nie masz zamiaru zrobić mi krzywdy? – zapytałem niewinnie.
- Hmm, chyba nie. W końcu coś sobie obiecaliśmy.
- Na dłużej niż na zawsze?
- O wiele dłużej.
Uśmiechnąłem się i przycisnąłem wargi do jej ust, dalej kołysząc się w rytm melodii. Czułem się… wolny, szczęśliwy, spełniony. Nigdy nie przypuszczałem, że moje życie tak się potoczy, że oświadczę się egipskiej księżniczce, że zostanę najpotężniejszym Wygnanym na świecie, że spotkam ludzi, którzy tak bardzo mnie odmienią. Gdyby ktoś dwa lata temu powiedział, co mi się przytrafi, wyśmiałbym go w twarz. No cóż, pewne sprawy uległy zmianie. Zmianie na lepsze, oczywiście. Byłem tam, gdzie chciałem, trzymając w ramionach kogoś, kogo kochałem, otoczony przez ludzi, którym ufałem. Farida miała rację, czegóż więcej nam trzeba?
Utwór się zakończył. Farida oderwała się ode mnie i, kłaniając się delikatnie, szepnęła:
- Leć do niej, proszę. Porozmawiaj z nią i wróć tu z uśmiechem na twarzy.
Cmoknąłem ją w czoło. Była cudowna, naprawdę cudowna.
- Tak zrobię – zapewniłem. – Obiecuję.
Przytuliłem ją po raz ostatni, po czym ruszyłem przez całą długość sali, kierując się w stronę wyjścia. Minąłem Maksa i Tosię, którzy zaśmiewali się w głos, dyskutując o czymś z Ksawerym, który najwyraźniej przybył kilka minut temu. Gdzieś w oddali mignął mi Nikodem, który złapał właśnie Erykę w ramiona, próbując jej udowodnić, że jego nowa noga jest super wytrzymała. Nieopodal nich Vittoria goniła Feliksa, który trzymał w ręku jej naszyjnik z pereł i wymachiwał nim nad głową, udając jeźdźca rodeo. Dostrzegłem także Yuan, która wciąż tańczyła z tamtym mężczyzną. Kto wie, może coś między nimi zaiskrzy? Gdy tak szedłem i przypatrywałem się wszystkim tym, za których oddałbym życie, poczułem pełnię szczęścia. Do absolutnej radości i niewyobrażalnego spokoju brakowało mi jeszcze tylko jednej rzeczy. Rozmowy z kobietą, której mąż zginał z mojej winy.

***

- Nie sądziłam, że przyjdziesz.
Patrzyłem na Rachel z lekkim zaniepokojeniem. Stała odwrócona do mnie plecami, wpatrując się w górujący księżyc, który oświetlał całą dolinę. Nie widziałem wyrazu jej twarzy, ale byłem pewien, że pojawił się na niej nikły grymas. Kobieta miała na sobie zwiewną koszulę nocną, która łopotała na wietrze wkradającym się do środka przez otwarte okno. Ciąża nie wpłynęła zbytnio na jej figurę – nadal była piękna i szczupła.
- Chciałem… chciałem poznać twojego syna. I porozmawiać. Z tobą.
Odwróciła się. Jej duże niebieskie oczy patrzyły na mnie z mieszaniną zaskoczenia i zainteresowania, zupełnie tak, jakby nie sądziła, że mogę poprosić ją o coś takiego. Po chwili jednak na jej twarz wkradł się delikatny uśmiech, który sprawił, że serce niemal pękło mi na pół. Był to jej pierwszy uśmiech w mojej obecności od chwili, gdy rzuciła się na mnie z pięściami w twierdzy w Athens. Mógłbym przysiąc, że ledwie powstrzymywała się od płaczu, bowiem przygryzła wargę tak mocno, że po jej brodzie spłynęła pojedyncza kropla krwi.
- Oczywiście – powiedziała, podchodząc bliżej i zapraszając mnie gestem na korytarz. – Mały jest w swoim pokoju. Zajmuje się nim opiekunka.
Nie przypuszczałem, że tak szybko mi ulegnie. Może wściekłość na mnie już jej przeszła? Warto było zapytać, w końcu nie miałem nic do stracenia. Gdy wyszliśmy na korytarz, mruknąłem:
- To… nie jesteś na mnie wściekła?
Rachel zbadała nie wzrokiem, jednak nie odpowiedziała od razu. Dopiero po chwili rzekła:
- Nie, nie jestem. W sumie… chyba nigdy nie byłam.
- A to twoje zachowanie? Raz o mało mnie nie zabiłaś, pamiętasz?
Przez jej twarz przebiegł cień uśmiechu.
- O tak, to było zabawne.
Jaka kobieta twierdzi, że zabijanie młodego chłopaka jest zabawne? Na pewno nieco szurnięta, a Rachel raczej do takiej mi nie pasowała.
- Powiesz mi coś więcej? – poprosiłem. – Wiesz, że nie chciałem, by Samuelowi coś się stało. On… on śni mi się po nocach, żałuję jego śmierci najbardziej ze wszystkich. Gdybym mógł cofnąć czas…
- Ale nie możesz – stwierdziła, popychając jakieś duże drzwi i wchodząc do pokoju. Poprzez jej ramię dostrzegłem maleńkie łóżeczko stojące na środku. Obok niego stała młoda kobieta. Na widok pani domu skłoniła się nisko i wycofała z pomieszczenia, zostawiając nas samych. Z sercem bijącym jak szalone podszedłem do łóżeczka, ledwie powstrzymując się od płaczu. Na stosie pierzyn leżał mały berbeć ubrany w skromne szatki. Miał ciemnobrązowe, lekko kręcone włosy i śniadą karnację. Jego oczy, choć nadal niebieskie, powoli zaczęły przybierać nowy kolor – kolor oczu jego ojca. Był tak podobny do Samuela, że nie byłem w stanie pojąć, jak Rachel to wszystko znosi.
- Weź go – zażądała, patrząc na mnie z wyższością.
Nie chciałem jej się sprzeciwiać. Ostrożnie chwyciłem malucha pod główkę oraz nóżki i powoli uniosłem do góry, chroniąc go w swoich ramionach. Nie należałem do osób bardzo umięśnionych, ale w tej chwili wyglądałem tak, jakbym jednym ruchem mógł skrzywdzić tę maleńką istotkę. Chłopiec spojrzał na mnie i wyciągnął rączkę, chcąc złapać mnie za nos. Nie wytrzymałem, a po moim policzku spłynęła gorąca łza, która opadła na jego pierś.
- Chcesz dowodu na to, że ci wybaczyłam? – zapytała Rachel, zerkając to na mnie, to na małego. – Że jesteś dla mnie bardzo ważny i że nie winię cię za śmierć mojego męża?
- Proszę, podaj mi go – wyszeptałem, wciąż patrząc na jej synka.
- Jest podobny do Samuela – powiedziała, kompletnie zbaczając z tematu. Może jednak miała jakiś uraz po ciążowy? – Jego ojciec był silnym i wspaniałym mężczyzną. Chciałam, by nosił również takie imię. Imię kogoś walecznego, kochającego, wytrwałego. Kogoś, kto poświęciłby dla ludzi całe swoje życie, kto zmieniłby ten świat na lepsze. Takie też mu nadałam.
- Dałaś mu imię po zmarłym mężu? – zapytałem zaskoczony, odrywając wzrok od chłopca.
Rachel uśmiechnęła się, kładąc dłoń na moim policzku. Jej palce lekko drżały.
- Oto twój dowód, mój drogi – szepnęła. – Julian. Mój syn ma na imię Julian.

__________

Bardzo lubię ten rozdział. Choć jest tym ostatnim i nie ma w nim wartkiej akcji, kocham go całym serduszkiem. Tyle miłości, tyle uczuć, tyle radości. Ech, przepraszam, znów się popłakałam.
Mówiłam, że zakończenie będzie piękne? Mówiłam. To również miałam w planach od bardzo dawna, już od chwili, gdy na jaw wyszło, że Rachel jest w ciąży. Uważam, że to piękny gest z jej strony, a Julian przestanie się w końcu obwiniać i ułoży sobie spokojne, cudowne życie z Faridą.
Hmm, tylko ta Magda... Jej kwestia wciąż pozostaje nierozstrzygnięta. Zdradzę Wam, że epilog będzie dotyczył właśnie jej, by ostatecznie zamknąć historię tej niesamowitej kobiety i odkryć wszystkie jej tajemnice. Owszem, takie wciąż istnieją. Mam nadzieję, że - podobnie jak w poprzednim opowiadaniu - w tym epilogu również uda mi się Was zaskoczyć.
Do wtorku, szkraby.